piątek, 24 listopada 2017
środa, 24 marca 2010 12:59   
PIONKOWSKIE BIOGRAFIE – PIOTR MITAN - SENIOR

Ppor. Piotr  Mitan  syn Andrzeja i Zofii Batko ur. 28 maja 1911 r. w Sygneczowie, gmina Koźmice Wielkie, pow. Kraków. Wieloletni mieszkaniec Pionek. Pracownik Państwowej Wytwórni Prochu i Zakładów Tworzyw Sztucznych "Pronit".

Szkołę średnią (krakowska chemia) nie znam dokładnej nazwy, ukończył w Krakowie. Następnie ukończył Szkołę Podchorążych Rezerwy. Przez krótki okres czasu pracował w Zakładach Spirytusowych w Krakowie. Od roku 1932 lub 1933 rozpoczął pracę w Państwowej Wytwórni Prochu w Pionkach, gdzie zdobywał kwalifikację specjalisty prochowego- przechodząc wszystkie fazy produkcji, aż do objęcia stanowiska kierowniczego. Pracował do rozpoczęcia się wojny do roku 1939.
Okupacja, to praca konspiracyjna w miejscu urodzenia w Sygneczowie (tam mieszkała męża matka) i okolicach Koźmic. Był współzałożycielem Związku Walki Zbrojnej,  posiadał pseudonim „Mnich", a w AK pseudonim „Jurand". Mąż niewiele szczegółów opowiadał, wspominał o zrzutach i przejmowaniu broni.  Ppor. Piotr Mitan ps. „Peterek", „Gwóźdź", „Jurand" był dowódcą V kompanii w Placówce  terenowej kryptonim  „Sosna", „Las", w Gminie Koźmice Wielkie należącej do II wielickiego Batalionu kr. „Wilga", „Mrówka" 12 pułku piechoty  6 DP  AK. Od kwietnia 1944 r. do 19 stycznia  1945 r. był Komendantem Placówki terenowej  kr. „Las" W Gminie Koźmice Wielkie, po mianowaniu ppor. Antoniego Batkę  ps. „Sęp" oficerem do zadań specjalnych w Sztabie Obwodu Kraków- Powiat AK.
Po skończeniu wojny w r. 1945 i wyznaczeniu przez nowe władze terminu ujawnienia się, do wymogu tego nie dostosował się, nie ujawnił się. Do pracy w Pionkach nie wrócił, myślę, że ze względu na specyfikę zakładu. Zatrudnił się na kolei w Tarnowskich Górach.


Dyrekcja Zakładów Chemicznych w Pionkach (późniejsza nazwa to Z-dy Chemiczne „Pronit") czyniła usilne starania, celem ściągnięcia męża do Zakładu, ze względu na fachowość w dziedzinie produkcji prochu i w roku 1947 mąż rozpoczął pracę w Pionkach. W roku 1949 zawarliśmy związek małżeński (ja także pracowałam w „Pronicie").
Mąż został zatrudniony na stanowisku Kierownika Wydziału Specjalnego, następnie Szefa Kontroli Technicznej, a w latach 50-tych Szefa Produkcji całego zakładu.
Zatrudnienie męża (człowieka, który nie należał do partii) na tak wysokim stanowisku było wielkim kłopotem dla dyrektora- tłumaczył się taką koniecznością ze względu na fachowość. Mąż odmawiał wstąpienia do partii, do której nigdy nie należał, nie zapisał się także do ZBOWID-u.
Dyrekcja zakładu ceniła męża za uczciwą pracę, ale inne władze i czynniki robiły wszystko, by dokładnie zgłębić życiorys męża:
W dniu 2 lutego 1954 r. przed wieczorem mąż został wezwany telefonicznie do pilnego stawienia się w zakładzie pracy. Okazało się, że przed domem czekał samochód, którym został zawieziony do Prokuratury Wojskowej w Warszawie.
Tak zaczął się nasz smutny okres w życiu. Późnym wieczorem zjawiło się w domu trzech umundurowanych panów i jeden w cywilu. Nie pamiętam, czy okazali nakaz rewizji, której dokonali- trwała do świtu. Nie zostałam poinformowana gdzie jest mój mąż, zostałam z matką, która z nami mieszkała i synami (jeden w wieku trzy i pół roku, drugi 10 miesięcy).
Dom wyglądał jak pobojowisko. Skontaktowałam się z Dyrektorem Zakładu. Zaskoczony, twierdził, że nikt go nie informował o aresztowaniu męża. Obiecał pomoc.
Podczas rewizji nie znaleziono ważnego dokumentu, który mąż otrzymał z Londynu, była to napisana na pergaminowej kartce nominacja męża na stopień kapitana. Nie wiem dlaczego kartkę natychmiast spaliłam.
Rozpoczęłam poszukiwania i ustalenia pobytu męża na policji, w urzędach bezpieczeństwa w powiecie, w województwie- bezskutecznie.
Czas mijał, zostałam bez środków do życia, przyjęcia do pracy mi odmówiono. Wspomagała mnie rodzina moja i męża. Bliski znajomy adwokat napisał w moim imieniu do Prokuratury Wojskowej w W-wie. Nadeszła odpowiedź, że mąż znajduje się „w ich dyspozycji".
Pojechałam do W-wy do prokuratury. Powiedziano mi, że mąż jest oskarżony o sabotaż, trwa śledztwo. Sankcje przedłużano co trzy miesiące. Powiedziałam prokuratorowi, że przyjadę z moimi dziećmi i nie opuszczę prokuratury, proszę mnie także zamknąć z dziećmi w więzieniu, ponieważ jestem bez środków do życia, a przyjęcia do pracy mi odmówiono. Prokurator zadzwonił do Pionek (w mojej obecności) i po odłożeniu słuchawki oświadczył, że pracę otrzymam.
Tak się stało. Zostałam zatrudniona.
Przy następnej wizycie w prokuraturze usłyszałam, że „jeżeli mąż jest niewinny- niedługo wróci". Śledztwo zakończyło się po 13-tu miesiącach. Wyznaczono termin rozprawy w Wojskowym Sądzie Rejonowym w W-wie.
Załatwiłam obronę w renomowanej kancelarii w W-wie. Na rozprawę wezwano przeszło 20-tu świadków, całą Dyrekcję Zakładu, kierownictwo odbioru wojskowego, oraz eksperta ze Związku Radzieckiego, stale współpracującego z Zakładem. Trudno mi opisać wrażenie, jakiego doznałam, kiedy prowadzono męża do Sali rozpraw. Był wychudzony, ogromnie zmieniony. Mąż przed aresztowaniem ważył 100 kg. Już na początku mąż zrezygnował z usług obrońcy, był nieprzydatny. Specyfika procesu przerastała jego możliwości obrony. To były sprawy dla fachowców. Mąż bronił się sam. Zarzut brzmiał: „Celowe zaniżanie jakości produkcji- sabotaż" i obejmował sprawy kwalifikacji i klasyfikacji wysyłanych partii prochu, których przydatność byłą ograniczona pewną tolerancją wymaganych parametrów „od- do". Przekroczenie tych wymogów było niedopuszczalne.


Mąż był obciążony o nakłanianie pracowników odbioru technicznego do nieprzestrzegania tych wymogów. Proces Trwał trzy dni. Zarzuty nie zostały potwierdzone, wszyscy świadkowie bronili męża.
Sąd stanął przed koniecznością przekwalifikowania zarzutu sabotażu na zarzut „przestępstwo urzędnicze". Sprawa nie powinna być rozpatrywana w Sądzie Wojskowym, lecz w zwykłym cywilnym Sądzie Państwowym. Nie uczyniono tego. Wyrok zapadł „3 lata pozbawienia wolności". Mąż odbywał karę więzienia na ul. Rakowieckiej w W-wie, tam gdzie przebywał w okresie śledztwa. Widzenia nasze nie były częste, a wyglądały tak: korytarz szer. 1 m., po obu stronach kraty. Jednorazowo uczestniczyło kilkanaście osób, nie było mowy o rozmowie, wszyscy się przekrzykiwali, a po korytarzu spacerował żołnierz z bronią na ramieniu. Widzenie trwało kilkanaście minut.
Mąż poczynił starania o możliwość odbywania kary nie w więzieniu, lecz pracując w kamieniołomach, ponieważ za 1 dzień pracy odliczano dwa dni.
W więzieniu na Rakowieckiej mąż dzielił celę z księdzem, profesorem Rybczykiem z KUL-u. Ksiądz opuścił więzienie przed przeniesieniem męża do więzienia w Rawiczu i przyjechał do Pionek w celu odwiedzin i podniesienia mnie na duchu.
W Rawiczu mąż był krótko, uwzględniono jego prośbę i przeniesiono go do kamieniołomów w Bielawie. Szesnastego marca 1956 r. mąż wrócił do domu.
Po kilku tygodniach zaproponowano mu pracę w tym samym Zakładzie Chemicznym „Pronit" w Pionkach. Kierował grupą strzałową, przydatną do rozbijania zatorów lodowych na rzece Wiśle itp.


Po niedługim czasie Dyrektor zaproponował mężowi objęcie stanowiska Szefa Produkcji z wyłączeniem produkcji wojskowej. Spotkało się to z krytyką władz partyjnych, włącznie z groźbą odwołania go ze stanowiska dyrektora. Tak się tez stało. Dyrektora zmieniono. Pierwszym posunięciem personalnym nowego następcy było usunięcie męża z zajmowanego stanowiska. Zatrudniony został w Dziale Postępu Technicznego na samodzielnym stanowisku, gdzie pracował do czasu przejścia na emeryturę. Mój mąż mało mówił o tym, co przeżył w więzieniu. Rozmawialiśmy o tym, jak ja radziłam sobie podczas jego pobytu w więzieniu. Ubolewał nad tym. Powiedziałam mężowi o spaleniu dokumentu z Londynu, nie okazał pretensji. Na pytanie moje, czy był w śledztwie bity, odpowiedział- nie. Widocznie nie chciał abym się martwiła. Opowiadał o trudnych nocnych przesłuchaniach. Wzywany był wieczorem, przesłuchanie trwało około 2-ch godzin. Wracał do  celi (na trzecie piętro) po to, by w środku nocy  ponownie wrócić  i odpowiadał na te same pytania. Powtarzano to przeważnie trzy razy przez noc. Ne zdarzało się to zbyt często.
Piotr Mitan zawarł związek małżeński 25 lutego 1949 r. w USC , a 26 lutego 49 r. w kościele św. Barbary w Pionkach z Wandą Stępień, mieli dwóch synów Andrzeja i Piotra, jeden z nich zginął  tragicznie w niewyjaśnionych okolicznościach. Mój mąż zmarł nagle w noc wigilijną 1989 r.- wylew śmiertelny. Odprowadzenie doczesnych szczątków śp. Piotra Mitana odbyło się 27 grudnia 1989 r. na miejsce wiecznego spoczynku na cmentarzu w Pionkach. Przy odprowadzaniu por. Mitana na wieczną wartę nie byli obecni żołnierze Armii Krajowej, nie było Kompanii honorowej WP, nie było pocztów sztandarowych, była tylko najbliższa rodzina i wierni koledzy
 W m-cu maju 1992 r.- dzięki staraniom kolegów ze Światowego Związku Żołnierzy AK zostałam podopieczną Związku, a w r. 1993 członkiem nadzwyczajnym.

PS. Dziękujemy Pani Wandzie Mitan za wyrażenie zgody na publikację materiału o swoim mężu.
Słowa podziękowania ślemy także dla Pana Stanisława Dziedzica, który udostępnił nam ten materiał oraz zezwolił na jego publikację.

 

Cytat tygodnia:

"Dla pokoju trzeba ryzykować tak samo, jak w trakcie wojny...Jeśli boisz się postawić sprawę na ostrzu noża, już przegrałeś ."

 


John Dulles Foster